Opublikowany tekst rozpoczyna żywot niezależny i potrafi porządnie zaskoczyć autora. Truizm. Każdy, kto produkuje ciągi zdań i wypuszcza je w świat, powinien być więc z automatu gotowy na niespodzianki. Też truizm. A jednak nie tak dawno dałem się własnym tekstom zaskoczyć totalnie i całkowicie – i to tekstom, o których istnieniu powoli zaczynałem zapominać.
Zanim debiutowałem opowiadaniami w prasie fantastycznej, przez nieco ponad rok pisałem do magazynu Action Mag. Waham się, czy użyć zwrotu „magazynu internetowego”, bowiem w tamtych mrocznych czasach – zanim neostrada zawitała pod strzechy, a kraj rozjaśniał unijnymi inwestycjami – dostęp do sieci był mocno ograniczony; choć chyba dało się skądśtam zasysać na modemie kolejne numery, to naturalnym środowiskiem Action Maga była płyta dołączana do CD-Action. A ponieważ pismo to osiągało wówczas obłędny nakład, circa 200 tys. – czytelników było naprawdę sporo. Chyba nigdy później moje pisanie nie trafiało do takiego audytorium, nawet jeśli z marszu założyć, że AM czytał tylko co któryś tam nabywca CD-Action.
Sam Action Mag stanowił swego rodzaju hyde park, nie był sprofilowany. Każdy mógł wysmażyć „arta” o tym, co akurat leżało mu na wątrobie, i heja, do ludzi, o ile nie kaleczył za bardzo polszczyzny i nie etapował postawami zakazanymi w konstytucji. Myślę o tym z rozrzewnieniem, o tych wielopiętrowych polemikach nastolatków spierających się na tematy zasadnicze, lecz mających problem z ustaleniem, kiedy piszemy „tą”, a kiedy „tę”. Później fruwały maile, nawiązywały się przyjaźnie – piękna sprawa, piszę to jak najbardziej serio i bez przekąsu. Wirtualna kuźnia światopoglądów, radosna domorosła publicystyka, ogień takiej trochę naiwnej szczerości, tak dziś wspominam Action Maga.
Ostatnie teksty upubliczniłem tam jakoś na początku ogólniaka, w 2003. Wkrótce potem zacząłem pisać opowiadania, co mi zresztą do dziś zostało, i prawdę mówiąc zacząłem zapominać o dawnych latach, gdy ksywą durną podpisywałem nastoletnie przemyślenia. Aż nagle okazało się, że tamte teksty wcale nie odeszły grzecznie w cień. Gdzieś w odmętach portali społecznościowych namierzył mnie chłopak, który wygrzebawszy stare Action Magi dostrzegł w między innymi mojej pisaninie coś ważnego, coś, co dotyczy go bezpośrednio. Dla mnie to duża sprawa, naprawdę. Kiedy indziej dobry kumpel przy okazji jakiejś rozmowy zdemaskował się jako dawny czytelnik AM, świetnie pamiętający „arty” mojego autorstwa… Niesamowite, naprawdę niesamowite, jak to wszystko ciągle gdzieś egzystuje. I jak potrafi wyskoczyć zza rogu.
Tyle o Action Magu, cześć jego pamięci. Z rzeczy bliższych współczesności – wszyscy chyba zdążyli się wypowiedzieć w elektryzującym fantastyczny półświatek temacie afery Crossgate. Ja tradycyjnie jestem spóźniony, zresztą, co tu można dodać, skoro tak precyzyjnie wyraził to Grabaż:
Bez wielkich kwantyfikatorów, bo przecież są też wydawcy – z własnego doświadczenia powiedziałbym, że większość – z którymi współpraca to czysta przyjemność. A na przyszłość trzeba słuchać starszych i mądrzejszych. Ot, morał.
Nowy singel Massive Attack kopie po nerkach i jeśli album okaże się w całości tak dobry, to wiem, czego będę słuchał przez najbliższy kwartał. I tym optymistycznym, heja.
Luty 5th, 2010 at 12:15 pm
Ha! Czemu zaraz tam durna ksywka. Oryginalna byla, widac kreatywnosc autora.
A teksty w wiekszosci beda dalej aktualne, chocby np. o takiej polityce…
Luty 8th, 2010 at 9:07 pm
Ach, AM… też swego czasu pisałem. Parę tekstów zaledwie, ale miło było, gdy na skrzynkę ktoś pisał i mówił, że coś dzięki mnie zrozumiał.
A teraz to gdzieś się tam ukryło i nima.
A ja z ciekawości zapoluję na te stare AM-y ^^
Luty 16th, 2010 at 1:22 pm
4 luty 2010, świeże wspomnienia
Trafiłem tu bo szukałem wyszukiwarki do tekstów, które w zamierzchłych czasach ukazały się w AM
Wyszukiwarki nie znalazłem, ale miło znaleźć towarzysza Hulajnogę 
Amag już bardzo nie ten. Rzeczy jak z komentarza powyższego – że ktoś po przeczytaniu twojego tekstu napisał na twoją skrzynkę – w zasadzie się nie zdarzają, a przecież o nie chodziło
Echhh, bo zaraz się rozczulę
:)
W AMagu on line, który po wielu trudach i przebojach wreszcie wystartował, robię dział “Retro AM”, w którym przypominam stare teksty. Jakiś Twój pewnie też wrzucę, może generację nic
Luty 16th, 2010 at 1:54 pm
Heja Donald, no łezka się kręci, nie?
Strasznie ciekaw jestem, co się dzieje teraz z tamtą ekipą, mam kontakt z kilkoma osobami tylko (z Unionem na piwo się od jakiegoś czasu wybieramy). Słyszałem, że niektórzy konkretnie karierzą…
Luty 16th, 2010 at 3:10 pm
Ja od czasu do czasu jeżdzę do Wrocławia, Poznania, Łodzi, Warszawy itp. do AMagowców w gości
A sam osiadłem w Gdańsku. Jak chcesz jeszcze pokręcić łęzki to zobacz co dziś dodałem na stronę nowego AM jako retro tekst
Zdrowia.
Kwiecień 9th, 2010 at 10:23 pm
Swego czasu, bodajże na przestrzeni 2004 a 2006 roku tworzyłem kącik o horrorach do AM. Pisałem wtedy, niczym zwykły amator, dla którego wysilenie szarych komórek do stworzenia prostego tekstu było wyzwaniem.
Dziś wiem, że dzięki ludziom, z którymi miałem do czynienia, osiągnąłem niebywały sukces. Wyciągnąłem z tego lekcję, wartą więcej, aniżeli nie jeden wykład na studiach polonistycznych. Po prostu – tak “po prostu” – nauczyłem się formułować, redagować teksty i wyrażać swoje myśli. Coś wspaniałego.
Eh… chciałoby się do tego wrócić.
Pozdrawiam wszystkich zapaleńców, a potencjalnych dziennikarzy-amatorów zachęcam do pisania. Wiem, że to inne czasy (jak to brzmi, w ustach tak młodego człowieka, jak ja), ale warto spróbować – to nie boli.
Maj 4th, 2010 at 10:03 pm
Fajny tekst, oddaje chyba esencję tego, co się działo w AM, przynajmniej takim jak go pamiętam. Mi osobiście brakuje tej atmosfery spontanicznej, ale w większości w miarę inteligentnej, a przynajmniej mierzącej się z ważnymi zagadnieniami pisaniny. Poziom był różny, jak to bywa w młodzieżowym raczej periodyku, ale klimat był przez większość czasu sympatyczny.
Pomagał fakt, że wtedy trochę inaczej patrzono na różne zjawiska. Nikt nie mówił o takich rzeczach jak trollowanie, a ludzi wypisujących różne farmazony traktowano raczej jako folklor charakterystyczny dla AM.
Co do edukacyjnej wartości AM, to coś w tym jest. Pracując z załogą AM Opowiadania nauczyłem się nie tylko zwracać uwagę na pewne fakty dotyczące własnej twórczości, ale i trochę działać w grupie. I przyjmować krytykę, która wtedy była dość rzetelna – jak ktoś miał zastrzeżenia, to kulturalnie ale dosadnie to wyrażał. Pomagało to, że kącik za rządów Setha był chyba w najlepszej formie.
Co do wypływania przeszłości, to internet może być równie zdradliwy co IPN
. Na moja dawną skrzynkę nie tak wcale dawno pisała na przykład dziewucha, która usilnie prosiła o kontynuację pewnego tekstu, która miała powstać, a nie powstała. Kilka lat po pojawieniu się go w AM-ie.
Nic w przyrodzie nie ginie…