kalifornizacja

W ostatnich miesiącach jedna z zasad mojego świata legła w gruzy – ta mianowicie, że seriale telewizyjne to szajs i strata czasu, zaś wypatrywanie następnego odcinka jest zajęciem godnym co najwyżej znudzonej kury domowej. Pozostałem niewzruszony na „Lost” i inne hiciory z AXN, a gdy cały świat leciał przed telewizory, z poczuciem wyższości marnowałem czas na inne sposoby.
Po obejrzeniu z wieloletnim opóźnieniem „Miasteczka Twin Peaks” w murze mojej bucowatej postawy ziała już jednak wielka dziura. Teraz przyszło „Californication” i pozamiatało okruszki.
Niby prosta obyczajówa, dzieje się mniej niż niewiele, a jednak nie można oderwać wzroku ani uwagi. Hank Moody awansował do panteonu moich idoli, zasiada tam obok agenta Coopera i Rykoszeta z „Mucha Lucha”. (Wcześniejsza alergia na seriale, która pozostawiła mnie niewrażliwym również na „X Files” oddała tu sporą przysługę, w przeciwieństwie bowiem do większości społeczeństwa nie widzę w Hanku przebranego Muldera.) Cieszyłem gębę do dialogów i na widok Madeline Zimy, i dobiwszy do końca pierwszej serii, poczułem prawdziwy niedosyt. Serial o perypetiach pisarza, któremu nie do końca w życiu się układa, siłą rzeczy musi wydać się bliski każdemu z Bożej łaski literatowi, ale chyba nie tylko o to chodzi. Oglądając „Californication” ani przez moment nie miałem wrażenia obcowania ze skrojonym na miarę produktem, co jest oczywistą ułudą – niemniej bardzo przyjemną. Ta bariera, która każe się zdystansować, zwyczajnie znika, i w efekcie kibicowałem Moody’emu na tej samej zasadzie, co nasze ciocie i babcie paniom z „Dynastii”. Z jednej strony konkluzja smuci, bowiem spece od badania rynku znajdą kluczyk do każdego serca, z drugiej jednak, no kurczę, zrozumiałem że nie ma co się spinać. Kalifornizacja.  Here we are now, entertain us.
Dużo mądrzejsi ode mnie pisali już o fenomenie nowych, wysokobudżetowych seriali, które powoli wychodzą z cienia produkcji filmowych. Bardzo podoba mi się analogia autorstwa Jacka Dukaja, którą posłużył się w którymś wywiadzie – film to opowiadanie, serial to powieść. A dobrych powieści nigdy dość, w świecie postmodernistycznego sklejania cytatów chcemy dużych narracji i w zasadzie jest mi już wszystko jedno, mogę być kurą domową i z wypiekami na twarzy obstawiać, kto kogo zdradzi.
Życie Hanka Moody’ego niestety jest sporo ciekawsze od mojego własnego, serial o wesołych przygodach literata Rogoży zdechłby po odcinku pilotażowym. Na uczelni wzrasta poziom absurdu, uroczy profesor od teorii filmu wywodzi ową od Platona, takie rzeczy. W literaturze staram się nadganiać zaległości, których troszkę niestety powstało, a nagle spostrzegłem, że gdzie nie spojrzę, szczerzy kły jakiś termin. Walczę i zwyciężę. A póki co, to byłoby tyle, do następnego.

Advertisements

About rogosza


3 responses to “kalifornizacja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: