z poślizgiem o Pyrkonie 2009

Zapewne nie jest wielką niespodzianką, że o tegorocznym Pyrkonie piszę z kilkudniowym opóźnieniem. Po tego typu imprezach rzeczywistość nagle zamyka się nad głową jak tafla jeziora, brakuje jakiegoś wyhamowania, łagodnego przejścia z trybu wariackiego na codzienny. Nawet nie chodzi o odsypianie, to raczej jakiś syndrom konwentowy, problem z odnalezieniem się w normalnym świecie. Zjawisko zastanawiające, tym bardziej, że żaden ze mnie zwierz fandomowy, widok gromad przebierańców z mieczami skłania mnie raczej do zadania pytań natury egzystencjalnej, niż wywołuje entuzjazm, w RPG grałem na początku ogólniaka przez bodaj trzy miesiące i chyba mi wystarczy, no i nie potrafię zrozumieć, dlaczego podpisywanie się ksywką złożoną z dużej liczby zbitek spółgłoskowych (z obowiązkowym apostrofem) miałoby być dobrym pomysłem – słowem, to nie do końca mój cyrk i moje małpy. Paradoksu tu jednak nie ma, a chodzi oczywiście o ludzi: przyjaciół, kolegów, znajomych, których widuję – przynajmniej tak licznie – tylko przy okazji konwentów. Pod tym względem Pyrkon 2009 nie zawiódł ani trochę. Dzięki, dzięki Wam wszystkim, z którymi przegadałem tyle godzin w przeróżnych miejscach, o przeróżnych porach i na przeróżne tematy. Zarazem przepraszam wszystkich, z którymi pogadać nie zdołałem – mimo najszczerszych chęci, czasoprzestrzeń czasem uwierała i nawet nie wiecie, ile bym dał, aby wydłużyć dobę czy choć na chwilę móc się bilokować.
Nie wiem, jak ocenić oficjalną część Pyrkonu – spotkania autorskie i prelekcje, które odwiedziłem, nie rozczarowały; mam nadzieję, że nie zawiodły również te punkty programu, w których czynnie uczestniczyłem. Szczególnie zadowolony jestem ze wspólnej prelekcji z Pawłem Majką, poświęconej Bronisławowi Malinowskiemu – mimo paskudnej pory (niedziela, 10 rano; jawny sabotaż!) udało się zawiązać naprawdę ciekawą dyskusję, kipiał ferment. Moja zasługa w tym prawie żadna, za to ogromna Pawła – i niezawodnego Michała Cetnarowskiego. Michał w ogóle jest fenomenem, to człowiek, któremu usta praktycznie się nie zamykają, strzela słowami jak koreańscy raperzy, a co najdziwniejsze, słowa te układają się w ciągi więcej niż sensowne. Zawsze się zastanawiam, jak to możliwe, gdzie się to w nim wszystko mieści? Niepojęte.
Organizatorom można wytknąć wiele, od jakiejś absolutnej porażki przy akredytacji (kolejki do wejścia jak na zdjęciach z PRLu) po upierdliwą jak nigdy ochronę – ale kurczę, uznałbym konwent za udany nawet gdyby odbył się w stodole, jeśli tylko towarzystwo dopisze. Narzekać więc byłoby grzechem.
Jak wspominałem w poprzednim wpisie, mieszkam teraz bardzo blisko szkoły, w której Pyrkon rokrocznie się odbywa. Zaowocowało to pewnym pęknięciem, którego początkowo nie mogłem ogarnąć. Oto cały ten karnawał, wszystkie kojarzone z konwentami twarze nagle zmaterializowały się w otoczeniu, które zdążyłem uznać za swojskie i do bólu codzienne. Krakowskie knajpy, blokowisko nocą w Lublinie, zielonogórski plac zabaw, nawet ten nieszczęsny poznański Dębiec, ale gdy jeszcze był przestrzenią nieznaną i nieoswojoną – to było normalne tło naszych spotkań. Do tej pory fantastyce i fantastom wychodziłem naprzeciw, spotykaliśmy się gdzieś w Polsce. Na weekend, na parę dni – w tzw. normalnym życiu następowała pauza, a nieznana, w pewnym sensie obca przestrzeń, w której byłem tymczasowym gościem, tylko to podkreślała. Tymczasem proszę, po piwo do Biedronki, w której kupuję na co dzień mleko i tanią colę, jakiś szybki obiad w barze, gdzie jadam przynajmniej raz w tygodniu. Mecz obejrzany na telewizorze we własnym mieszkaniu. Czas zatrzymał się jak zwykle, a jakże, w weekend żyliśmy na innych prawach – ale działo się to na moim osiedlu. Coś, co dotąd było niemal magiczną odskocznią od codzienności, zjawiło się w samym tej codzienności sercu – ciężko o większe rozdarcie. W pewnym momencie zrobiło mi się niemal mistycznie, jasna cholera, taki trochę Święty Wrocław. Absolutnie niezwykła sprawa. Rzeczywistość oczywiście na powrót przejęła Dębiec, ale czuję, że trochę tej pozytywnej magii pozostało.
I o to właśnie chodzi, bo jeśli nie, to o co?

Advertisements

About rogosza


3 responses to “z poślizgiem o Pyrkonie 2009

  • agrafek

    No tylko bez niepotrzebnej skromności panie kolego! Nie tylko doprowadziłeś do zebrania na dzień przed prelekcją, które to spotkanie, a właściwie narada, nie odbyłoby się bez Twojego uporu i zdecydowania, ale jeszcze podczas samej prelekcji (którą rozpocząłeś) czuwałeś nad moimi i Michała offtopami, cierpliwie sprowadzając nas na dobrą drogę! A że obaj mówiliśmy tylko tyle ile nam Michał pozwolił… Cóż – taki jego dar.
    Dzięki wielkie raz jeszcze i pozdrowienia!

  • Shadow

    Prelekcja była udana 🙂 i żałuję, że się spóźnilem (i że z powodu wspomnianych kolejek nie dotarlem na spotkanie autoskie). I za mecz dzięki (chociaż żadnego meczu nie było!).

  • nosiwoda

    There is no mecz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: