październikowi machamy pa, pa

Październik ledwo dobrze się zaczął, już się kończy. Tradycyjnie, miesiąc głównie na rozruch. Równie tradycyjnie, nie mogło się obejść bez finansowych ambarasów – okazuje się nie po raz pierwszy, że wyliczanie budżetu w październiku to czynność czysto magiczna i na rzeczywistość przekłada się nijak. Wyszły cyrki z pewną umową, zawsze miałem pecha do tych rzeczy, ale teraz to już chyba się o Księgę Rekordów ociera, pocztowy ping-pong, wymiana podań odbierz-odeślij, no a potem zrobiło się mitologicznie na zasadzie „ja Penelopa, przelew z wydawnictwa Odys”. Tak go wyglądam z utęsknieniem na horyzoncie; przelew-wieczny tułacz. Wkrótce powinno być OK, tragedii jako takiej nie ma, a na przyszły rok wiem już, że cokolwiek bym nie zrobił, październik okaże się sprytniejszy. Nie ma więc co się spinać.  A póki co – niech się lepiej miesiąc kończy. Już go nie chcemy.
Na tapecie wciąż „Najnowsze Przymierze”, o którym wiem już na pewno, że nie ukończę go w pierwotnym planowanym terminie. Wkrótce wkleję tu chyba prolog, tak jak  to zrobił z „Widmami” Orbitowski – zasadnicza różnica jest oczywiście taka, że na jego książkę ktoś czeka, ale chodzi o zasadę: upublicznienie fragmentu powinno okazać się dodatkową motywacją, żeby to doprowadzić do szczęśliwego końca, to raz, a dwa, fajnie będzie porównać kiedyś z wersją finalną.
Premiera „Klemensa” powinna mieć miejsce w pierwszym kwartale 2010 – i dołożę ze swej strony wszelkich starań, żeby w przyszłym roku wypuścić w świat dwie książeczki. A może i więcej – pojawił się bowiem przedziwny projekt, w który zaangażowaliśmy się z przyjacielem Romkiem psychotronikiem. Nie chcę mówić za dużo, żeby nie zapeszyć, ale – zapowiada się tyleż ciekawie, co wariacko. Będzie apokaliptycznie!
Z rzeczy optymistycznych – nowy Rammstein wyszedł i chyba jest nieźle. Stay tuned!

Reklamy

traumapolis

TRAUMAPOLIS

Do mojego Traumapolis wjeżdża się pociągiem. Zawsze w towarzystwie brzuchatych kolesi, chyba za każdym razem tych samych, sapiących tym głośniej i przepoconych tym bardziej, im bliżej dworca. Wyciągają nogi na siedzeniach naprzeciwko, mają zmechacone skarpety, na podłodze wietrzą się ich sandały. Spoglądają wzrokiem pełnym beznadziei, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.
W moim Traumapolis co drugi sklep jest apteką, ale nie kupisz tu niczego, co naprawdę pomoże. Tutejsze lekarstwa składają się z pseudoefedryny i efektów ubocznych. W powietrzu regularnie rozpylana jest trucizna, działa na dwa sposoby, wywołując bezsenność albo narkolepsję. Pooddychaj trochę, a zobaczysz, noce mogą być jak szachownica.
Możesz wyjść z domu i krzyczeć, że ci się nie podoba. Śmiało, najwyżej ogłuszą cię echa.
Wszelkie próby ucieczki z mojego Traumapolis kończą się tak samo, w przedziale z brzuchaczami. Choć przez pewien czas można ulec złudzeniu, że tym razem się udało. Na pewno jest jakaś droga, ale jeszcze mi o niej nie wiadomo.
Nie wiem, jak wygląda twoje Traumapolis. Zakładam, że podobnie.
Czasem, chodząc ulicami mojego Traumapolis, zapomnę się i zamiast pod nogi, spojrzę w niebo. Zdarzało się już, że dostrzegałem wówczas wiszącą nad miastem ogromną, nieruchomą twarz Philipa K. Dicka. Milczał, ale wiem, co mógłby powiedzieć. IMPERIUM NIE UPADŁO. I na nic takiego się nie zanosi.


finish him: banality!

W jednym ze światów alternatywnych, możliwych do zaistnienia, gdyby wypadki potoczyły się inaczej, siedzę teraz w Anglii i zapewne tego nie żałuję. Niestety, w tej odnodze uniwersum jest jak jest, kolejne dni pod sulęcińskim niebem różnią się głównie zawartością playlisty na kompie. Ilość jakichkolwiek bodźców tak minimalna, że krok dalej czeka już chyba deprywacja sensoryczna. Do tego wkręcił się przedziwny rytm dobowy, przynajmniej raz w tygodniu nie przesypiam nocy, tak całkowicie bez sensu, bo już samo pukanie myśli przedziwnych o ściany pustej głowy powinno mnie skutecznie ululać.  Za to w kolejnych dniach śpię po pół doby, próby nastawiania budzika na nic się nie zdają, bo wprawdzie dzwoni, ale i tak go wyłączam, zanim wraca świadomość. Głupie to.
„Najnowsze przymierze” rośnie zdrowo, wyrobiłem w sobie nawyk regularnego pisania, to już chyba ta mityczna „samodyscyplina”, albo przynajmniej jej bramy. Nie ustaję w nadziei, że tego nie spieprzę – bo na tej książce naprawdę mi zależy. W ogóle jest w tym coś niesamowitego, w tym obserwowaniu, jak postaci, które wcześniej bytowały tylko w głowie, zamieszkują w wypływających spod palców słowach. W ubieraniu tej historii w zdania. A zarazem ciągłym pytaniu samego siebie, jak wiele opowieść traci na konwersji z ciągu wyobrażeń w ciąg znaków. Sam akt tworzenia zawsze wydawał mi się czymś na poły magicznym. Uwielbiam obserwować młodszego brata, gdy rysuje. Macha piórkiem tabletu niby od niechcenia, tu kreska, tam kreska, i naglę patrzę na gotowy obrazek, często bardzo udany, bo chłop ma kawał talentu.  (Którego notabene zawsze mu zazdrościłem.) Największym odkrywcą w dziejach ludzkości był ten jegomość, który jako pierwszy nagryzmolił mamuta na ścianie jaskini, i nagle zrozumiał, że oto stworzył coś z niczego. Nikt nie przekona mnie, że jest inaczej.
Aby nie ciągnąć dalej tych banałów, w bolesnej swej banalności bardzo jednak prawdziwych – jeszcze tylko krótkie info. W „Nowej Fantastyce”, która właśnie weszła do kiosków, znajduje się moje opowiadanie, wspominałem już tu o nim. „Czas Fantastyki” zaś drukuje fragment „Klemensa i Kapitana Zło”, okraszony zdjęciem strasznym. I to tyle, do następnego!


czerwiec

Czuję się anachronicznie: świat twitteruje, a ja aktualizuję bloga raz w miesiącu. Czasem zaczynam zastanawiać się, czy nie zdrowiej byłoby oficjalnie zawiesić akurat tę aktywność, i wrócić kiedyś, z programowo częstszymi wpisami i w jakimś przyzwoitym layoucie. Póki co niech będzie jak jest, choć  jeśli na dłuższą metę nic się nie zmieni, chyba trzeba będzie podjąć jakąś decyzję. Zobaczymy.

Działo się przez ten czas sporo, amplituda emocji niemal symboliczna, bo wesele i pogrzeb, i cała masa mniejszych bądź większych radości i smutków. Życie. Suma chwil, ot banał, ale chyba cholernie prawdziwy. Widok miejsca wypadku samochodowego, w którym zginęło troje młodych ludzi, jak mało co każe zadać sobie kilka ważnych pytań. I faktycznie, łapię się na coraz częstszym pytaniu samego siebie, o co w tym wszystkim do cholery chodzi. Zaczynam podejrzewać, że z każdym rokiem znak zapytania będzie tylko rosnąć… Pytanie za sto punktów, raczej do zgredów kierowane, i to całkiem serio: czy egzaltacja staje się mniej śmieszna, gdy jest się jej świadomym?

Z rzeczy radośniejszych, miałem okazję wziąć udział w niecodziennym spotkaniu autorskim –  z grupą uczniów z Mroczy, którzy czytali i przedpremierowo opiniowali „Klemensa”. Wrażenie niezwykłe, stres omal mnie nie zjadł, ale chyba jakoś się wybroniłem – a tak przenikliwych pytań i konstruktywnej krytyki nie słyszałem dotąd chyba na żadnym spotkaniu. Jeżeli miałem jakieś wątpliwości, czy napisanie powieści dla młodzieży było słusznym pomysłem, teraz nie mam żadnych. No i jeden z uczniów, Alan, podrzucił mi fajny projekt okładki. Super sprawa.
Dla chętnych gra pt. znajdź na zdjęciu Rogożę. Można wygrać talon na balon i bona na korniszona, a po poprawnym wskazaniu źródła cytatu  – także zezwolenie na pielenie na ternie dowolnie wybranego pegieeru. Joł.

IMG_1981

Brałem udział w , uwaga, Interdyscyplinarnych Warsztatach Krytycznych przy okazji Festiwalu Malta w Poznaniu. Zajęcia na temat pisania o muzyce prowadził sam Piotr Metz -przez dwa dni, trzeciego zastąpił go Michał Wiraszko. Całkiem ciekawie opowiadali, przynajmniej Metz, choć Wiraszko na pewno się starał.
A absolutnie fajne było to, że dostaliśmy bilety na Nine Inch Nails.
Koncert wielce udany, headliner nie zawiódł – inna rzecz, że szczególnym fanem nigdy nie byłem – za to absolutnie pozamiatał mną support, czyli Alec Empire. Jako licealista w koszulce z anarchią ubóstwiałem Atari Teenage Riot, sentyment pozostał do dziś. Jak się okazało, lider formacji wykonuje stare utwory – i to wspierany przez Hanin Elias, również członkinię ATR. Usłyszeć na żywo „Revolution Action” i „Destroy 2000 years of culture” – bezcenne.  Świetna niespodzianka.
Na zakończenie newsletter: W sierpniu w “Nowej Fanastyce” powinno znaleźć się opowiadanie z nowego cyklu – “Osiedle Cudów: Skrawki”. A praca nad nową powieścią, „Najnowszym przymierzem”, wreszcie ruszyła tak, jak powinna już dawno temu. Mam plan zamknąć rzecz wczesną jesienią. I chyba jest to akcent wystarczająco optymistyczny, aby właśnie nim się pożegnać. Do następnego.


wywiad i w ogóle

Niedawno ukazała się książka Agnieszki Kawuli-Kubiak pod szalenie enigmatycznym tytułem „Lubię być fantastą”. Składają się nań wywiady z pisarzami kojarzonymi z – niespodzianka – poletkiem fantastycznym. Wspominam oczywiście dlatego, że zaplątałem się tam i ja. Na kilkunastu stronach opowiadam o rzeczach istotnych mniej lub bardziej; być może kogoś to zainteresuje. Całość zdobi zdjęcie, na którym wyglądam leciwiej, niż koledzy starsi o dekadę – taka karma, co poradzę, fotogeniczny nie byłem nigdy. Książeczka Kawuli-Kubiak to ogółem ciekawe przedsięwzięcie, rzecz jasna bardzo niszowe, ale chyba warto rzucić okiem, gdy w taki czy inny sposób sympatyzuje się z fantastyką – co, jak zakładam, charakteryzuje ogromną większość zaglądających tu osób. W przeciwieństwie do wielu znajomych, osobiście zawsze chcę wiedzieć coś o twórcach, których dzieła są mi bliskie czy choć znajome, i jeśli ktoś podziela to moje spaczenie, serdecznie mu „Lubię być fantastą” polecam.

Troszkę przygasłem ostatnimi czasy w aktywności literackiej, od świąt lecę raczej na jałowym biegu, ale czas najwyższy się zmobilizować, czeka kilka fajnych projektów. Ze sporą dozą prawdopodobieństwa pojawię się niedługo w „Nowej Fantastyce” z tekstem otwierającym nowy cykl – cieszę się bardzo, bo już dawno, właściwie od czasu debiutu nie gościłem na tych łamach. Aktualnie na tapecie tekst do pewnej interesująco zapowiadającej się antologii, staram się nie dać ciała, choć materia wierzga, a jak mówię, z różnych względów ciężko mi należycie skupić się na robocie.

Jako czytelnik mocuję się z kolei z „Masonem i Dixonem” Pynchona, to już drugie podejście, za pierwszym odbiłem się jak od ściany. Chyba warto poświęcić trochę czasu i uwagi, lektura odwdzięcza się poczuciem dziwnej satysfakcji z każdego akapitu, coś jak z ćwiczeniami Weidera, gdy po skończeniu serii mięśnie palą, ale gęba się cieszy. Książka jest ogromna, prawdziwy ocean słów, jako czytelnik czuje się przy niej maleńki i zagubiony, prawie jak wtedy, gdy mając czternaście lat po raz pierwszy czytałem „Władcę Pierścieni”.

Poza tym cóż, wszystko w najlepszym porządku, może poza pyłkami wiszącymi w powietrzu – choć hej, póki co źle nie jest, rok temu na początku maja przez alergię odechciewało się wszystkiego. Więc może idzie ku lepszemu. Tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć, do następnego!


z poślizgiem o Pyrkonie 2009

Zapewne nie jest wielką niespodzianką, że o tegorocznym Pyrkonie piszę z kilkudniowym opóźnieniem. Po tego typu imprezach rzeczywistość nagle zamyka się nad głową jak tafla jeziora, brakuje jakiegoś wyhamowania, łagodnego przejścia z trybu wariackiego na codzienny. Nawet nie chodzi o odsypianie, to raczej jakiś syndrom konwentowy, problem z odnalezieniem się w normalnym świecie. Zjawisko zastanawiające, tym bardziej, że żaden ze mnie zwierz fandomowy, widok gromad przebierańców z mieczami skłania mnie raczej do zadania pytań natury egzystencjalnej, niż wywołuje entuzjazm, w RPG grałem na początku ogólniaka przez bodaj trzy miesiące i chyba mi wystarczy, no i nie potrafię zrozumieć, dlaczego podpisywanie się ksywką złożoną z dużej liczby zbitek spółgłoskowych (z obowiązkowym apostrofem) miałoby być dobrym pomysłem – słowem, to nie do końca mój cyrk i moje małpy. Paradoksu tu jednak nie ma, a chodzi oczywiście o ludzi: przyjaciół, kolegów, znajomych, których widuję – przynajmniej tak licznie – tylko przy okazji konwentów. Pod tym względem Pyrkon 2009 nie zawiódł ani trochę. Dzięki, dzięki Wam wszystkim, z którymi przegadałem tyle godzin w przeróżnych miejscach, o przeróżnych porach i na przeróżne tematy. Zarazem przepraszam wszystkich, z którymi pogadać nie zdołałem – mimo najszczerszych chęci, czasoprzestrzeń czasem uwierała i nawet nie wiecie, ile bym dał, aby wydłużyć dobę czy choć na chwilę móc się bilokować.
Nie wiem, jak ocenić oficjalną część Pyrkonu – spotkania autorskie i prelekcje, które odwiedziłem, nie rozczarowały; mam nadzieję, że nie zawiodły również te punkty programu, w których czynnie uczestniczyłem. Szczególnie zadowolony jestem ze wspólnej prelekcji z Pawłem Majką, poświęconej Bronisławowi Malinowskiemu – mimo paskudnej pory (niedziela, 10 rano; jawny sabotaż!) udało się zawiązać naprawdę ciekawą dyskusję, kipiał ferment. Moja zasługa w tym prawie żadna, za to ogromna Pawła – i niezawodnego Michała Cetnarowskiego. Michał w ogóle jest fenomenem, to człowiek, któremu usta praktycznie się nie zamykają, strzela słowami jak koreańscy raperzy, a co najdziwniejsze, słowa te układają się w ciągi więcej niż sensowne. Zawsze się zastanawiam, jak to możliwe, gdzie się to w nim wszystko mieści? Niepojęte.
Organizatorom można wytknąć wiele, od jakiejś absolutnej porażki przy akredytacji (kolejki do wejścia jak na zdjęciach z PRLu) po upierdliwą jak nigdy ochronę – ale kurczę, uznałbym konwent za udany nawet gdyby odbył się w stodole, jeśli tylko towarzystwo dopisze. Narzekać więc byłoby grzechem.
Jak wspominałem w poprzednim wpisie, mieszkam teraz bardzo blisko szkoły, w której Pyrkon rokrocznie się odbywa. Zaowocowało to pewnym pęknięciem, którego początkowo nie mogłem ogarnąć. Oto cały ten karnawał, wszystkie kojarzone z konwentami twarze nagle zmaterializowały się w otoczeniu, które zdążyłem uznać za swojskie i do bólu codzienne. Krakowskie knajpy, blokowisko nocą w Lublinie, zielonogórski plac zabaw, nawet ten nieszczęsny poznański Dębiec, ale gdy jeszcze był przestrzenią nieznaną i nieoswojoną – to było normalne tło naszych spotkań. Do tej pory fantastyce i fantastom wychodziłem naprzeciw, spotykaliśmy się gdzieś w Polsce. Na weekend, na parę dni – w tzw. normalnym życiu następowała pauza, a nieznana, w pewnym sensie obca przestrzeń, w której byłem tymczasowym gościem, tylko to podkreślała. Tymczasem proszę, po piwo do Biedronki, w której kupuję na co dzień mleko i tanią colę, jakiś szybki obiad w barze, gdzie jadam przynajmniej raz w tygodniu. Mecz obejrzany na telewizorze we własnym mieszkaniu. Czas zatrzymał się jak zwykle, a jakże, w weekend żyliśmy na innych prawach – ale działo się to na moim osiedlu. Coś, co dotąd było niemal magiczną odskocznią od codzienności, zjawiło się w samym tej codzienności sercu – ciężko o większe rozdarcie. W pewnym momencie zrobiło mi się niemal mistycznie, jasna cholera, taki trochę Święty Wrocław. Absolutnie niezwykła sprawa. Rzeczywistość oczywiście na powrót przejęła Dębiec, ale czuję, że trochę tej pozytywnej magii pozostało.
I o to właśnie chodzi, bo jeśli nie, to o co?


raport z linii frontu (3)

Nadal mi głupio z powodu rzadkich aktualizacji. Blog ten nie ma już nic wspólnego z internetowym dziennikiem i coraz wyraźniej dryfuje w stronę miesięcznika. Nie raz już postanawiałem, tak z serca i całej siłości, że będę wstukiwał notki częściej, a przynajmniej regularniej. Jak wychodziło, widać po datach kolejnych wpisów. Nie obiecuję poprawy, w końcu obietnice są po to, żeby ich dotrzymywać, a nie rzucać na wiatr.
Dzieje się wciąż sporo, pozytywy przeważają jak chyba nigdy. Coś tam piszę, coś tam poprawiam, coś tam pisać powinienem, a nie piszę – jakiś ruch materii w lyteraturze w każdym razie jest. Czytam ostatnio, poza kserowanymi mądrościami na uczelnię, głównie Ballarda. „Królestwo nadchodzi” ciężko mi jednoznacznie ocenić. Bo wizja ciekawa, czasem pojedyncze zdania ukłują prosto w serce, ale drugiej strony, unosi się nad tym wszystkim wyczuwalny duch stetryczenia, a i język momentami mocno zgrzyta – może to akurat wina tłumaczenia, przekłady Lecha Jęczmyka łykałem raczej bezboleśnie. Teraz zacząłem „Wyspę”, jeszcze za wcześnie na jakąś opinię.
Grając w bilard bodajże trzeci raz w życiu machnąłem tricka rodem z Eurosportu – jedna bila przeskoczyła drugą, kosmos w ciapki – aby w następnej partii zgrabnym lobem wystrzelić białą bilę poza stół. Kilka dni później przegrałem z kretesem z dziewczyną, na oczach grupki bardzo kulturalnych (serio) skinheadów. Kiedy indziej empirycznie przekonałem się, jak złym pomysłem jest spożywanie tequili z colą i piwa w ilości znacznej. Święcie wierzę, że Czynnikiem X była cola, albo to gra w bilard z owymi płynami w żołądku spowodowała podejrzaną reakcję.
Coraz bliżej Pyrkon 2009. Traf zechciał, że w tym roku mieszkam bardzo blisko konwentowej szkoły i cały ten sabat czarownic odbędzie się praktycznie na moim podwórku. Trzy lata temu Pyrkon 2006 był pierwszym konwentem, jaki odwiedziłem w życiu – nawet nie przemknęło mi wówczas przez myśl, że kiedyś zamieszkam dosłownie 400 metrów dalej, a okolicę będę postrzegał jako swoją. W pewien sposób zabawne, jak to się potoczyło. Wtedy wybierałem się jak w nieznane, nie znałem jeszcze nikogo. Dzisiaj czekam na kumpli i przyjaciół, praktycznie u siebie. Dziwny jest ten świat. Na konwencie będę oczywiście uchwytny, w planach spotkanie autorskie i najprawdopodobniej wspólna z Pawłem Majką prelekcja o Bronisławie Malinowskim, który niezwykłą postacią był.
Poza tym wiadomość, którą koniecznie muszę się podzielić: nowe The Prodigy kopie dupska. I to na razie tyle, do następnego.