o Klemensie i konwentach

Już jutro premiera „Klemensa”! Kilka dni temu otrzymałem ciężką pakę z egzemplarzami autorskimi – książeczka wygląda naprawdę ślicznie, twarda oprawa, papier o porządnej gramaturze, no i te kapitalne ilustracje Tomka Leśniaka. Niby to już trzecia wydana książka, a cieszę się nią jak dziecko. Przy pisaniu bawiłem się kapitalnie i mam szczerą nadzieję, że choć część tej frajdy spłynie na czytelników. Naprawdę warto było czekać trochę dłużej niż zwykle, aby wreszcie wziąć do ręki efekt finalny. Bombeczka. Zapraszam niniejszym do księgarni, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem Powergraphowej.

W poprzedni weekend miał miejsce kolejny już Pyrkon, tym razem ulokowany w budynkach Targów Poznańskich. Impreza jak zawsze bardzo udana, organizatorom chwała i cześć. Nie będę może rozpisywał się szeroko – wystarczy powiedzieć, że nie dość, iż towarzystwo zjechało wyśmienite, to jeszcze udało mi się przezwyciężyć złą tradycję i nie przekroczyć granicy, za która wypada się już nad sobą zastanowić. Nie było więc rock’n’rolla ani trzydniowego kaca, były za to długie godziny dyskusji z wartościowymi ludźmi. I niech to będzie nową tradycją.

Dalej w temacie konwentowym. W dniach 15-17 kwietnia w Krakowie odbędzie się impreza pod tytułem Kraków Game Fusion, na którą zostałem zaproszony. Cieszę się na myśl o wizycie w tym ślicznym mieście, z którym wiążą mnie bardzo wesołe wspomnienia, i oczywiście serdecznie wszystkich zapraszam. Do zobaczenia w Krakowie!


dupsko kosmity

W ramach kontrolowanego przecieku – jedna z ilustracji Tomka Leśniaka do „Klemensa”. Książka będzie nimi naszpikowana jak keks bakaliami i całkiem szczerze myślę, że choćby dla tych kapitalnych obrazków warto się tytułem zainteresować.

Tu akurat widzimy głównych bohaterów (bez Kamy, która została na czatach), usiłujących przemknąć tajnym przejściem w szkolnych piwnicach. Na ich drodze stanął jednak zwalisty woźny-służbista, wierny pachołek Kapitana Zło. Jak dzielna młodzież poradziła sobie w opresji?! Odpowiedź już wkrótce na półkach w księgarniach…!


niesporczak

Sympatyczne stworzenie przyglądające się nam z fotki to niesporczak. Bydlak rzadko dorasta do milimetra, ale za to jest niemal niezniszczalny. Gdy przejdzie w stan anabiozy, a robi to na zawołanie, można go mrozić, gotować, wystawiać na działanie promieniowania, można dosłownie wypieprzyć w kosmos – naukowcy próbowali i tego. Generalnie niesporczak ma wyrąbane, a gdy tylko warunki na powrót stają się znośne, otrząsa się i jakby nigdy nic rozgląda za czymś do żarcia.

Niniejszym zachęcam do myślenia o tym blogu jako o niesporczaku blogosfery polskiej. On jeszcze nie zdechł. To anabioza.

W anabiozie trwa też moja tzw. kariera literacka, choć pod warstwą pozornej martwoty wrze i kipi. Stąd zresztą milczenie – uznałem, że relacja ze zmagań z losem złym, który zmusił mnie do półetatowej pracy wkurwiacza telefonicznego oraz partyzanckiej, freelancerskiej copywriterki z doskoku, nieszczególnie wyda się interesująca. A ciągłe usprawiedliwianie opóźniających się premier i przesuwanych projektów potrafi obrzydnąć.

Ilustracje do „Klemensa” już są i są więcej niż zajebiste, gdy zobaczyłem po raz pierwszy, dostałem wypieków. Spróbuję ubłagać Powergraph o zgodę na jakiś kontrolowany przeciek na blogasku. Kiedy będzie książka – boję się znowu strzelać datami, w każdym razie Wydawcy dokładają starań, aby premiera nastąpiła jak najprędzej.

Rozpisuję też projekty dla pewnego dużego i szanowanego wydawnictwa, które zainteresowało się moimi tzw. dokonaniami, i jest duża nadzieja na naprawdę lepsze czasy. Generalnie więc bez wielkich zmian, wektor jak zawsze w przód. A póki to, co ma nadejść, jest lepsze niż to, co jest, póki progres jest bardziej prawdopodobny niż cofanie – warto wstawać z łóżka, warto siadać do klawiatury, jest dobrze, no. Idę rozejrzeć się za czymś do żarcia.


insomnia

Dziś po raz kolejny dopadła mnie bezsenność. Bezsenność bez sensu, a ściślej – bez wytłumaczalnego powodu. Tak już mam, że raz na x nocy coś przestawia mi się w głowie i nie ma mowy o zaśnięciu, choćbym nie wiem jak padał na gębę. Być może kumuluje się wlewana w żołądek kawa, a może to kwestia układu ciał niebieskich, nie mam pojęcia, pogodziłem się i przyjmuję to za usterkę fabryczną. Zdołałem nawet polubić ten dziwny stan, gdy godziny mijają jedna za drugą szybciej, niż mają w zwyczaju, a w czaszce kipi milion myśli naraz. Myślenie w ogóle przebiega wtedy inaczej, każde najdrobniejsze choćby myślątko zostaje przeanalizowane i doprowadzone do końca, aby stanowiło zamkniętą całość; pomyślę, że powinienem napisać komuś maila, a pięć sekund później mail ten jest już w głowie ułożony  i zredagowany. To dzieje się praktycznie samo, wystarczy coś zainicjować, a mózg przemiela dane choćby nieproszony i zaraz wyświetla na powiekach gotowe efekty, efekty oczywiście niekoniecznie „poprawne” z punktu widzenia rzeczywistości na jawie, ale wewnętrznie spójne i związane jakąś logiką. A mnie pozostaje próbować nadążyć za tą galopadą. Są jeszcze wrażenia niemal artystyczne, gdy po jakimś czasie umysł zawiesza się w połowie drogi do snu, na etapie hipnagogów – tych obrazków, które tańczą przed oczami, gdy zaczynamy zasypiać i potem przechodzą w marzenia senne. Od dawna interesuje mnie sen świadomy i związane zagadnienia, długo uczyłem się obserwować hipnagogi – mają one bowiem tę przykrą cechę, że zwykle rozpływają się, gdy tylko skupimy na nich uwagę. A tymczasem, gdy przyjdzie moja biała noc, mogę oglądać je jak wygaszacz ekranu i rozpływać się nad pomysłowością tych zakamarków umysłu, które zazwyczaj, no właśnie – śpią? To szczerze fascynuje. Żałuję, że poskąpiono mi talentów plastycznych – dałbym wiele, aby móc podzielić się ze światem tą feerią kształtów i kolorów, później całych kompozycji, a nawet scenek z jakąś akcją, zalążkiem fabuły. Opis literacki wydaje mi się nieadekwatny, słowa tego nie oddadzą. Ceną za taką noc jest oczywiście zmęczenie nazajutrz, jak to po zarwanej nocce, ale czasem myślę, że warto. Sztucznie tego nie wywołam, zmuszając się do czuwania – musi przyjść samo. I raz na jakiś czas przychodzi. Jeszcze nie wiem po co, ale kiedyś to rozgryzę.

Przechodząc do rzeczy przyziemnych,  ale nie do końca: Atari Teenage Riot po pierwsze się reaktywowali, po drugie wydali nowy singel („Activate!”, stary dobry digital hardcore’owy rozpiździel, tyle, że z nowocześniejszym brzmieniem), a po trzecie zagrają we wrześniu w Polsce. Czyli trzy dobre nowiny. Zakładam więc słuchawki i spróbuję jakoś się wreszcie po tej nocy – aktywować. Stay tuned.


refleksje popyrkonowe

Tegoroczny Pyrkon nakłonił mnie do kilku refleksji.
Po pierwsze, wciąż nie wiem, czy lubię konwenty. Z jednej strony, przeraża ilość freaków i wykrętów, zgromadzonych naraz w jednym miejscu. To jak inwazja z innego wymiaru, zastanawiałem się całkiem poważnie, czy aby nie wypróbować  na konwentowiczach którejś z metod badań terenowych w praktyce – i przysięgam sobie, że kiedyś to zrobię, o ile tylko wytrwam w dostatecznej trzeźwości – bo przecież poziom zrozumienia i komunikacji z większością jest podobny, jak  nie przymierzając z Trobriandczykami. What the hell I’m doing here, pobrzmiewa gdzieś cytacik z Radiohead, I don’t belong here. Z drugiej strony wszak, gdzie indziej jak na konwentach spotkam tylu przyjaciół, kumpli i znajomych z półświatka fantastycznego . Nie pozostaje więc nic innego, jak trwać w tym rozdarciu, wyluzować i zaniechać sądów wartościujących – w imię radości z rozmów, imprez i ogólnie nieoficjalnych interakcji, zawsze towarzyszących latającym cyrkom i wystawom osobliwości pod tytułem konwent. Na Polcon pewnie pojadę.
Po drugie, poczułem z całą mocą, że coś wymyka się spod kontroli. I że to coś, nad czym przestaję panować, stanowi integralną część mojej osoby. A to niepokojący sygnał. Zdarzyło mi się być więcej niż niesympatycznym, działać powodowanym motywacją, której sam w ząb nie rozumiem – a faktu, że miało to miejsce, gdy doprowadziłem się do stanu solidnego rozchwiania, wcale nie uważam za okoliczność łagodzącą. Coś jest mocno, mocno nie tak. Nie wiem co. Ale się dowiem. I teraz właśnie, w ramach oswajania tej wewnętrznej Godzilli, piszę o tym. Kajam się. Własna ciemna strona, taki osobisty darkside – to fascynuje, ale też przeraża. Bo ktoś patrzy, ukryty w tej ciemności.
Po trzecie wreszcie, czas. Upływ czasu. Od poprzedniego Pyrkonu minął rok, notkę o owej  imprezie zamieściłem na tym nieszczęsnym blogu niemal dokładnie rok temu. I znowu rozdarcie. Mogło się wydawać, że Pyrkon tegoroczny jest prostą kontynuacją Pyrkonu 2009, jakby ktoś po prostu wtedy wcisnął pauzę, a teraz ją zwolnił, ot, wracamy do przerwanych rozmów, podejmujemy urwane wątki – i tylko zmiana fryzur uczestników podpowiada, że to jednak nie tak. A przecież tyle się przez ten rok wydarzyło w moim tzw. życiu. Tyle zmian. Tylu ludzi zawiodło, tylu przeciwnie, okazało się wspaniałymi. Tak wiele rzeczy stanęło na głowie, tyle złudzeń umarło – a przy okazji, tak wiele narodziło się rzeczy pięknych i wartych tego, by poświęcić się im w całości. Wiem, jak okrutnym i gówniarskim banałem jest to, co tu teraz wypisuję. Nic nie poradzę, Czytelnicy tego bloga pewnie już zresztą przywykli. Dość powiedzieć, że naprawdę, ten rok pogodził skrajności – okazał się jednocześnie mgnieniem oka i przepaścią nie do przekroczenia. A mnie nawet już to nie dziwi.

„Klemensa” wciąż nie ma i chyba przyjdzie na niego jeszcze poczekać – tak to jest na tym rynku. Za to gdy zobaczyłem niedawno listę kandydatów na ilustratów, zamarłem. Jest niestety spore ryzyko, że moja powieść okaże się dodatkiem do ilustracji, nie odwrotnie – dam znać, gdy będą konkrety, póki co nie mogę chyba powiedzieć więcej niż to, że w grę wchodzą naprawdę spore nazwiska.
„Najnowsze Przymierze” wciąż nie jest zamknięte, choć bardzo by chciało, i w tym kontekście zabawnie wyglądają wpisy z ubiegłego roku, anonsujące rychłe ukończenie prac. Jest też pewien projekt, mocno apokaliptyczny, również niegdyś tu wzmiankowany i również wciąż otwarty, z którym mam takie przeboje, że nikt by nie uwierzył. Czuję się trochę, jakbym organizował Euro.

Nawiązując do poprzedniego wpisu – „Heligoland” Massive Attack w mojej opinii utrzymał jako całość poziom pierwszego singla (choć znam wiele przeciwnych opinii) i jeśli nic się nie zmieni, istotnie niedługo minie kwartał, jak się nim zachwycam. A niedługo wychodzi nowe UNKLE!
I w tym miejscu się pożegnam. Do następnego wpisu!

p.s. Najbardziej porno muzykę robi Portishead. A w szafie mieszka tyranozaur. Przepraszam – musiałem.


Action Mag i nie tylko

Opublikowany tekst rozpoczyna żywot niezależny i potrafi porządnie zaskoczyć autora. Truizm. Każdy, kto produkuje ciągi zdań i wypuszcza je w świat, powinien być więc z automatu gotowy na niespodzianki. Też truizm. A jednak nie tak dawno dałem się własnym tekstom zaskoczyć totalnie i całkowicie – i to tekstom, o których istnieniu powoli zaczynałem zapominać.

Zanim debiutowałem opowiadaniami w prasie fantastycznej, przez nieco ponad rok pisałem do magazynu Action Mag. Waham się, czy użyć zwrotu „magazynu internetowego”, bowiem w tamtych mrocznych czasach – zanim neostrada zawitała pod strzechy, a kraj rozjaśniał unijnymi inwestycjami – dostęp do sieci był mocno ograniczony; choć chyba dało się skądśtam zasysać na modemie kolejne numery, to naturalnym środowiskiem Action Maga była płyta dołączana do CD-Action. A ponieważ pismo to osiągało wówczas obłędny nakład, circa 200 tys. – czytelników było naprawdę sporo. Chyba nigdy później moje pisanie nie trafiało do takiego audytorium, nawet jeśli z marszu założyć, że AM czytał tylko co któryś tam nabywca CD-Action.

Sam Action Mag stanowił swego rodzaju hyde park, nie był sprofilowany. Każdy mógł wysmażyć „arta” o tym, co akurat leżało mu na wątrobie, i heja, do ludzi, o ile nie kaleczył za bardzo polszczyzny i nie etapował postawami zakazanymi w konstytucji. Myślę o tym z rozrzewnieniem, o tych wielopiętrowych polemikach nastolatków spierających się na tematy zasadnicze, lecz mających problem z ustaleniem, kiedy piszemy „tą”, a kiedy „tę”.  Później fruwały maile, nawiązywały się przyjaźnie – piękna sprawa,  piszę to jak najbardziej serio i bez przekąsu. Wirtualna kuźnia światopoglądów, radosna domorosła publicystyka, ogień takiej trochę naiwnej szczerości,  tak dziś wspominam Action Maga.

Ostatnie teksty upubliczniłem tam jakoś na początku ogólniaka, w 2003. Wkrótce potem zacząłem pisać opowiadania, co mi zresztą do dziś zostało, i prawdę mówiąc zacząłem zapominać o dawnych latach, gdy ksywą durną podpisywałem nastoletnie przemyślenia. Aż nagle okazało się, że tamte teksty wcale nie odeszły grzecznie w cień. Gdzieś w odmętach portali społecznościowych namierzył mnie chłopak, który wygrzebawszy stare Action Magi dostrzegł w między innymi mojej pisaninie coś ważnego, coś, co dotyczy go bezpośrednio. Dla mnie to duża sprawa, naprawdę. Kiedy indziej dobry kumpel przy okazji jakiejś rozmowy zdemaskował się jako dawny czytelnik AM, świetnie pamiętający „arty” mojego autorstwa… Niesamowite, naprawdę niesamowite, jak to wszystko ciągle gdzieś egzystuje. I jak potrafi wyskoczyć zza rogu.

Tyle o Action Magu, cześć jego pamięci. Z rzeczy bliższych współczesności – wszyscy chyba zdążyli się wypowiedzieć w elektryzującym fantastyczny półświatek temacie afery Crossgate. Ja tradycyjnie jestem spóźniony, zresztą, co tu można dodać, skoro tak precyzyjnie wyraził to Grabaż:

Bez wielkich kwantyfikatorów, bo przecież są też wydawcy – z własnego doświadczenia powiedziałbym, że większość – z którymi współpraca to czysta przyjemność.  A na przyszłość trzeba słuchać starszych i mądrzejszych. Ot, morał.

Nowy singel Massive Attack kopie po nerkach i jeśli album okaże się w całości tak dobry, to wiem, czego będę słuchał przez najbliższy kwartał. I tym optymistycznym, heja.


prolog

Zgodnie z zapowiedzią, fragment prologu powieści. No i stało się. There’s no way back.

 

NAJNOWSZE PRZYMIERZE

Gwiazdy dziurawią niebo i jeśli dobrze wytężyć wzrok, czasem można dostrzec, co jest dalej. Witold wie, że widział, ale nie pamięta. Noc jest chłodna, a piwo ciepłe. Stoi w otwartym oknie, przed nim rozlewa się miasto: poszarpana linia dachów na horyzoncie, budowlane żurawie, światła.
Jak mam na imię, pyta Witold, a noc milczy.
Uderzona paznokciem puszka cicho dźwięczy, dziwnie długo to wybrzmiewa, ale w ogóle coś dziwnego dzieje się z czasem, raz zwalnia, raz przyspiesza, Witold wyprzedza swoje myśli albo nie może za nimi nadążyć. To bardzo męczy. Rzuca okiem na zegarek, kreseczki na wyświetlaczu układają się w godzinę trzecią. Jeszcze raz, i nadal trzecia, to dobrze, to znaczy że nie śni. Głośniki komputera grają cichutko. Ktoś śpiewa, jak ciężko być gotyckim, uzależnionym od heroiny gejem w Luksemburgu.
Jakie to wszystko dziwne. Bezsenna noc i wiatr całujący w policzki. Witold gniecie puszkę i wyrzuca przez okno, puszka odbija się od chodnika z brzękiem, dźwięk znowu wybrzmiewa za długo. Możliwe, że słyszy go tylko w głowie. Co jest wewnątrz, a co na zewnątrz, to dobre pytanie. Nurtuje niemal tak bardzo, jak:
Jak mam na imię?
Przechadza się po pokoju, tam i z powrotem. Biurko, na biurku następne piwo. Łóżko, szafki, półki. Przystaje przed regałem z książkami, stoją w rzędach, z nazwiskami mędrców na tłustych grzbietach. Spaliłby je wszystkie, bo przestał wierzyć w mądrość. W książkach nie ma i nie będzie żadnej odpowiedzi. Nie odpowiedzi teraz szuka: sięga po czerwony segregator, wyjmuje go z półki, wewnątrz wpięte są kartki pokryte odręcznym pismem. Jest też foliowy woreczek, przyczepiony do wewnętrznej strony okładki, w woreczku czekają białe tabletki. Wysypuje je na dłoń.
Zza okna dobiegają strzępy głosów i echa kroków. Wiatr niesie z oddali ostry dźwięk hamującego samochodu; miasto śpi niespokojnie. Świat się skończył, mówi Witold, tylko nikt tego nie zauważył, życie trwa dalej wśród kartonowych dekoracji. Najchętniej kazałby zgasić wszystkie latarnie, żeby ludzie podnieśli głowy ku niebu, może wówczas zrozumieją. Pieprzyć ich.
Spogląda na tabletki, uśmiecha się. Bierze je do ust, czuje lekko kwaśny smak. Połyka, popijając piwem.
Jak mam na imię, pyta znów, i wie, że jeszcze tej nocy pozna odpowiedź.